Powrót do korzeni, czyli miłość do grobowej deski.

Mamy koniec września. Codzienność znów kręci się wokół szkoły. Wakacje wydają się już tak odległe, jakbym conajmniej myślała o zeszłorocznych wczasach w Polsce. A byliśmy przecież tam zaledwie miesiąc temu. Zaledwie miesiąc temu, dzieciaki biegały boso od rana do wieczora po ogrodzie. Zaledwie miesiąc temu otaczał nas las, rodzina, język polski i dwa ukochane psy. Zaledwie miesiąc temu… A wszystko to w promieniach gorącego Słońca i kompletnej beztroski.

Polska to moje korzenie, to kraj z którego pochodzę. Polska to rodzina, rosół w niedzielę i babciny kotlet, którego smaku nikt nie jest w stanie podrobić . To również cała masa wspomnień. Wspomnień z najmłodszych lat, kiedy biegałam po krzakach. Wspomnień z okresu bycia nastolatką, kiedy przeżywałam pierwszą miłość. Wspomnień z czasów studenckich, kiedy u babci zawsze znajdowałam jakiś wyjątkowy spokój i wyciszenie. Wszystko to wiąże się z moją ukochaną Czarną. Kiedy myślami wracam do Polski, to ląduje właśnie tam , w małej miejscowości na Podkarpaciu, gdzie powietrze pachnie lasem i łąką a wieczorem do snu kołysze Cię cykanie świerszczy. Po przespanej nocy przy otwartym na oścież balkonie i galonach świeżego powietrza, które przeleciało przez płuca, budzi Cię głośno piejący kogut, tuż pod Twoim oknem. Wściekasz się na początku, bo dzieciaki jeszcze przecież śpią to i Ty mogłabyś pospać. Wychodzisz na balkon i rzucasz w koguta jakąś zabawką, która właśnie nawinęła się pod rękę. Uciekł. Można wrócić do łóżka, ale podnosisz wzrok i widzisz budzący się do przeżycia kolejnego dnia Świat. Błoga cisza. Rosa na trawie błyszczy w promieniach jeszcze delikatnego Słońca. Bezchmurne i błękitne niebo. Dookoła drzewa, gdzieś tam widać dach domu sąsiadów. Wrócił kogut a ja wróciłam do rzeczywistości. Zeszłam na dół na kawę. Szkoda dnia. Pobędę jeszcze z mamą zanim pójdzie do pracy.

Kogut denerwował mnie tak jeszcze przez kilka dni, w końcu ucichł. Wcale nie zdziwiłabym się, gdyby wylądował w rosole. Dziś nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mnie znów obudził. Jakkolwiek to zabrzmi, poniekąd tęsknię za kogutem, którego prawdopodobnie zjadłam. Tęsknię za wieloma rzeczami z wakacji i nie jestem sama. Nawet dziś Jaśko mój siedząc na kanapie, wspomniał, że brakuje mu naszych małych wycieczek na lody. Najpyszniejsze lody Świata znajdują się w lodziarni przy czarniejskiej stacji PKP. Bywaliśmy tam kilka razy w tygodniu. Noah patrzył na przejeżdżające czasem pociągi a my siedzieliśmy na plastikowych, popękanych krzesłach i delektowaliśmy się pysznymi smakami. I to właśnie było całe piękno naszych wieczorów. Ta prostota i banalność.

Patrzyłam na Miśkę, jakbym patrzyła na siebie sprzed lat. Jesteśmy takie same. Zadziorne, ciągle w biegu. Pamiętam mamy słowa, ilekroć wracałam do domu po całym dniu szaleństw umorusana od stóp do głów: „dziecko dlaczego Ty zawsze jesteś najbrudniejsza ze wszystkich”. Był oczywiście ciąg dalszy reprymendy, ale szczegółów nie przywołuję. Teraz już wiem, co miała na myśli. Patrząc czasem na Mie, nie bardzo wiedziałam co zrobić z owym pięcioletnim żyjątkiem. Wsadzić do wanny czy wybielacza. Ale właśnie dlatego, że pamiętam mamy słowa, nic się nie odzywałam. Była dobra zabawa i to się liczyło. Szczęście dzieci ponad wszystko.

Uwielbiałam patrzeć jak biegają boso, w samych majteczkach po ogrodzie. Uwielbiałam jak dopadają maliny i zjadają je garściami, prosto z krzaków, bez mycia. Uwielbiałam patrzeć, jak bawią się z kuzynami, budują więzi i wspomnienia. I choć mówili dwoma różnymi językami, nie stanowiło to żadnej bariery. Uwielbiałam jak integrują się z rodziców psami, choć ogólnie boją się psów. Uwielbiałam fakt, że w życiu moich dzieci są dziadkowie, prawdziwe ciocie i prawdziwi wujkowie, tacy z krwi i kości. Uwielbiałam jak mama wracała z pracy a oni oboje biegli do bramki, żeby ja przywitać, wołając „babcia, babcia, babcia wróciła”. Uwielbiałam nawet, kiedy wchodząc do domu prababci od razu biegli do szuflady z łakociami. „Babcia babcia” nigdy nie zawiodła i dzielnie każdego dnia wrzucała coś nowego do szuflady. Uwielbiałam wyjazdy nad jezioro. Szaleństwo w wodzie i na plaży. Budowanie zamków i strumieni. Uwielbiałam wycieczki do lasu… Pewnego ranka obudziłam się bardzo wcześnie, żeby wsiąść na rower i pojechać samej na grzyby. Myłam akurat zęby, kiedy Mia wyszła z pokoju.

– Mami co robisz? Idziesz na grzyby? Ja też chce iść z Tobą!

Nie miałam serca jej odmówić. Iskry w jej oczach były zbyt silne, żeby je stłumić.

– No dobra, ubieraj długie spodnie i długi rękaw i jedziemy – odpowiedziałam.

Pół śpiąca, z zapuchniętymi jeszcze ślepkami i w nich śpiochach, stanęła na wysokości zadania i ubrała się tak szybko, jak nigdy. Wyszłysmy z domu bez śniadania i mycia jej zębów. To dopiero był szok. Ten fakt chyba tylko dołożył oliwy do ognia. Nie mogła uwierzyć, że tak poprostu wyszłysmy z domu i chop na rowery. Niemożliwością było wystopować z gadaniem, ani na moment nie przestała świergotać. Emocje zaistniałej, jakże zwyczajnej a jednak jakże nowej i niecodziennej sytuacji, budowały w niej adrenalinę, jakby conajmniej miała zjechać z największego rolekostera Świata. Wjechałysmy do lasu, rzuciłysmy rowery i wlazłysmy między drzewa. Poszukiwanie grzybów rozpoczęło się na dobre. Mia już wie, które są dobre a które złe. Wszędzie tylko te złe dookoła.

– Mami, ale dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Dzielnie odpowiadałam na pytania, przez myśl przeszło mi paskudne „A miało być tak pięknie i cicho”. Szybko zostało ono przepędzone przez serce pełne miłości do tego małego człowieka, który właśnie się kształtuje. Właśnie w tym momencie, tworzymy te wspomnienia, do których Ona będzie wracać, myśląc o Polsce. Kiedyś przyjdzie znów w to samo miejsce i pomyśli „pamiętam, jak ja chodziłam tu z moją mami i zbierałyśmy grzyby”. Tak jak ja wspominałam moje leśne wedrówki z dziadziulkiem. To On pokazywał mi różnice między muchomorami i grzybami jadalnymi, to On brał mnie na bagażnik swojej czerwonej kolarki bez tylnych hamulców i pokazywał las. Byłam w tym samym wieku co Mia. Niewiele myśląc, powiedziałam:

-Chodź Misia, pojedziemy w inne miejsce.

Szybciutko złapała za swój mały rowerek.

-Zostaw go tutaj, pojedziemy razem na moim, wskakuj na bagażnik.

– Mami, naprawdę? – chochliki w oczach znów wróciły, niby nic a tak wiele. Ja też uwielbiałam jak mnie dziadziulko tak woził. On podkładal mi jeszcze „Jaśka” pod tyłek, żeby na kamieniach i podbitkach nie bolało. Ja „Jaśka” nie miałam, ale nam bagażnik wystarczył. Już nie chodziło nawet o znalezienie grzybów, teraz liczyła się tylko ta chwila, tworzenie wspomnień i naszej historii. My dwie, nieskazitelna cisza lasu i dwa psy. Dojechałyśmy do kapliczki, gdzie córcia chciała się pomodlić, natknęłyśmy się na rozbity między drzewami obóz harcerski i nawet znalazłyśmy kilka grzybów. Poranek na wagę złota. Dla kogoś, codzienności codzienność, dla nas jedyny w swoim rodzaju, nietuzinkowa perełka.

Po powrocie do domu, trzeba było wszystko opowiedzieć tacie, ze szczegółami i z tymi samymi iskrami w oczach. Słuchał uważnie każdego słowa. Wiedziałam, że ten dzień utkwi Mii w pamięci. Cieszę się, że mogłam być jego częścią. Cieszę się, że ten i inne nasze wyjątkowe momenty miały miejsce w Polsce, gdzie tkwią moje korzenie. Cieszę się, że dzieci utożsamiają Polskę z dziadkami, babcią babcią ( tak nazywana jest prababcia), radością i codzienną przygodą. Co dla nas jest przygodą i nowością, dla większości z Was jest czymś tak normalnym jak nasz mały ogródek tu w UK, choć i tak jest stosunkowo duży. Nie mamy tu rodziny, dziadków, którzy pomagają i rozpieszczają na co dzień. Nie mamy jezior, gdzie można pojechać w słoneczną niedzielę. Nie mamy lasów w zasięgu ręki a zbieranie grzybów jest karalne. Nie mamy rodzinnych ognisk z kiełbasą na patyku. Nie mamy tu korzeni i dawnych wspomnień, związanych z poszczególnymi miejscami. Nie mamy. I niestety tej dziury, czasem nie da się zakleić.

8 myśli na temat “Powrót do korzeni, czyli miłość do grobowej deski.

  1. Pięknie to wszystko opisałaś.
    Wyobrażam sobie, jak szczęśliwi byli Mia i Noah u dziadków na wakacjach. Świetnie, że mają taką odskocznię od Waszego codziennego życia w Anglii, że Twoja rodzina mieszka właśnie na wsi, a nie w jakimś bloku w centrum ponurego miasta. Dla dzieci taka wieś, z lasem, ze zwierzętami, z możliwością tego biegania na bosaka od rana do wieczora, to istny raj, na pewno będą tu chętnie wracać 🙂

    PS. Świetnie, że wzięłaś Mię ze sobą na to grzybobranie. Cudowna jest możliwość pokazywania dziecku świata i budowanie z nim jego kolorowych wspomnień 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Czego oczy nie widza, tego sercu nie zal. Ja nigdy nie mialam takiej rodziny w Polsce, czesto sie przeprowadzalismy, wiec i do zadnego miejsca sie nie przywiazalam. Nie wiem, czy to dobrze czy zle w sumie? Choc biorac pod uwage, ze od 11 lat jestem na emigracji to moze dobrze, bo nie mam w sercu takich rozterek i tesknot. Twoje dzieci na pewno z przyjemnoscia beda wracaly na wakacje do Polski, a moze jako dorosli tez 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s